A. Cole & C. Bunch
Sten
. 17 .
Rykor także była szczęśliwa. W jej głowie huczały dzikie,
arktyczne morza. Fale wspinały się do szarego, zachmurzonego nieba, podczas gdy
z lodowców z hukiem odpadały bryły lodu.
Obróciła się, gdy wypłynęła na powierzchnię, radośnie
wyskoczyła, potem skierowała płetwy w stronę wody i lekko, wdzięcznie
przeskakiwała z fali na falę. Ktoś delikatnie dotknął jej ramienia.
Rykor otworzyła jedno oko i ponuro spojrzała na Frazera,
jednego ze swoich asystentów.
- Czego chcesz? - zahuczała.
- Jest telefon do ciebie. Ze świata Primy.
Rykor prychnęła przez wąsy i oparła oba ramiona na brzegach
zbiornika. Podniosła swój olbrzymi korpus i przeniosła go na krzesło
grawitacyjne. Fałdy cielska przelewały się przez boki, dopóki drżące krzesło nie
umieściło ich bezpiecznie na miejscu. Nacisnęła odpowiedni guzik i przeniosła
się do głównego ekranu. Frazer podążył za nią.
- To ma jakiś związek z tym nowym rekrutem Gwardii. Tym, do
którego akt tylko ty masz dostęp.
- Jasne - zamruczała Rykor. - Przybędzie żartów o morsach.
Ekran pozostał pusty, z wyjątkiem pojedynczej linii migających
liter. Rykor była trochę zdziwiona, ale wcisnęła klawisz szyfrowania i wpisała
swój kod. Kazała Frazerowi przesunąć się dalej od ekranu.
Monitor rozjaśnił się i Mahoney przyjaźnie skinął głową.
- Pomyślałem, że zajmę ci trochę czasu, Rykor, i poproszę o
sprawdzenie jednego z moich chłopaków.
Rykor dotknęła klawisza i obok rozświetlił się drugi ekran.
- Stena?
- Dobrze odgadłaś.
- Zgadłam? Po tym, jak dodałeś swój osobisty kod do procedury
wywołania?
- To zawsze był mój problem. Nigdy nie wiem, jak zachować
subtelność.
Rykor nie zawracała sobie głowy ripostą. Zbyt łatwa.
- Chcesz obejrzeć jego wyniki?
- Czy niepokoiłbym głównego psychologa, gdybym chciał tylko
usłyszeć urzędnika recytującego sprawozdanie? Wiesz, o co mi chodzi.
Rykor odetchnęła głęboko.
- Ogólnie rzecz biorąc, on powinien być czymś, co nazywasz
"kłębowiskiem węży".
Mahoney wyglądał na zdziwionego, ale nic nie odpowiedział.
- Wyjątkowo wysoki poziom inteligencji, powiązany z dobrą
organizacją i spójną osobowością. To nie pasuje. Powinien być katatonikiem albo
psychopatą. Zamiast tego jest aż nienaturalnie zdrowy psychicznie. Możemy
przetestować go bardziej intensywnie, ale już nabieram przekonania, że
funkojonuje doskonale głównie dzięki temu, że jego doświadczenia nie zostały
jeszcze przyswojone.
- Wyjaśnij.
- Warto byłoby go zbadać po ujawnieniu się tych problemów,
przeżyć i nieuświadamianych emocji.
- Ale po co - zaoponował Mahoney. - Nie robimy poety. Chcę
tylko żołnierza. Czy zniesie trening?
- Niemożliwe do przewidzenia z jakąkolwiek rozsądną pewnością.
Moim zdaniem tak. Już przedtem był poddawany stresom daleko większym, niż
przewidują nasze limity.
- No więc, jakim żołnierzem może być?
- Bardzo złym.
Mahoney wyglądał na zaskoczonego.
- Wykazuje niewielką emocjonalną reakcję na konwencjonalne
bodźce, małe lub żadne zainteresowanie zwykłymi nagrodami Gwardii. Wysokie
prawdopodobieństwo niewykonania rozkazu, który uzna za nonsensowny lub
niepotrzebnie niebezpieczny.
Mahoney smutno pokręcił głową.
- Zaczynam się zastanawiać, dlaczego go zwerbowałem. I to do
mojego szczerze kochanego pułku.
- Bardzo prawdopodobne - powiedziała sucho Rykor - że dlatego,
ponieważ jego profil psychologiczny jest niezwykle podobny do twojego.
- Mmm. Zapewne dlatego trzymam się z daleka mojego szczerze
kochanego pułku. Oprócz niektórych uroczystości. Rykor nagle roześmiała się.
Zabrzmiało to jak grzmot, a przez jej ciało przebiegały nieskończone fale drgań,
niemal niszczące krzesło. W końcu przestała się śmiać.
- Mam wrażenie, Ian, że wywołujesz jakiś stary film. Mahoney
pokręcił głowa.
- Nie. Nie chcę, żeby chłopak załamał się podczas szkolenia.
Jeśli mu się nie uda...
- Odeślesz go z powrotem do jego świata?
- Jeśli mu się nie uda - powiedział cicho Mahoney - przestanie
mnie interesować.
Rykor wzruszyła ramionami.
- A propos. Powinieneś wiedzieć, że on ma nóż w ramieniu.
Mahoney starannie ważył słowa.
- Zasadniczo mówi się, że ma nóż w rękawie, jeśli pozwolisz. -
Powiedziałam dokładnie to, co chciałam. Ma mały nóż, zrobiony z jakiegoś
nieznanego krystalicznego materiału, ukryty w chirurgicznie zmodyfikowanym
prawym przedramieniu.
Mahoney podrapał się po policzku. Nie zauważył tego na
Vulcanie.
- Chcesz, abyśmy to usunęli?
- Nie - Mahoney uśmiechnął się krzywo. - Jeśli instruktorzy nie
poradzą sobie z tym, i jeśli jest na tyle głupi, aby wyciągnąć go na któregoś z
nich, to otworzy nam znakomite wyjście awaryjne. Czyż nie?
- Chcesz, aby nadzorować jego postępy, rzecz jasna?
- Oczywiście. I choć jestem świadomy, że to nie należy do
obowiązków głównego psychologa, byłbym wdzięczny, gdybyś zapieczętowała jego
akta. I żebyś ty osobiście prowadzili jego przypadek.
Rykor gapiła się w ekran.
- Aha. Rozumiem.
Mahoney przesłał jej półuśmiech.
- Oczywiście. Wiedziałem, że zrozumiesz.
następny |